Share
Go down

Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

on Pon Kwi 23, 2018 9:30 am

Imię: Dimitrij
Nazwisko: Gaczew
Wiek: 36
Płeć: Mężczyzna
Data Urodzenia: 17.06.1982
Narodowość: Rosyjska
Miejsce Urodzenia: Kazań, ZSRR
Pseudonim: Bułeczka
Kod Egzorcysty: WZW-387
Inkantacja: Ба́бушка на́двое сказа́ла. (ros.) - Babcia powiedziała dwie rzeczy.*
Miejsce Zamieszkania: Pokój w siedzibie egzorcystów, Nowy Jork
Aktywność: Aktywny Egzorcysta

Wygląd: Czasem ciężko niektórym zrozumieć, że to ciało jest moim więzieniem odkąd byłem małym chłopcem. Chciałbym, aby z moich ran nie lała się krew, a gwiezdny pył.
Jestem niezbyt udaną mieszanką rysów tatarskich i słowiańskich. Zbyt duże czoło, mina jak u zbitego psa skrzyżowanego z Grumpy Catem, szare oczy bez wyrazu, na dodatek skóra w kolorze zakurzonej opalenizny, jakbym się nie mył. Według niektórych dziewczyn nie jestem facetem, bo ten zaczyna się od metra osiemdziesiąt, a mnie brakuje centymetra; nie jestem przypakowany, mimo pracy egzorcysty i całego treningu, natura raczej poskąpiła mi masy mięśniowej. Golę się, jak sobie przypomnę, fryzjera nie widziałem od dziesięciu lat i mam porozdwajane końcówki. Skandal. Wszystko tworzy wygląd bezdomnego, często połączonego z niedbałym ubiorem zlewającym się kolorystycznie  z tłem, lepiej się zlewam, a w razie czego, ludzie natychmiast odwracają wzrok. Tylko trochę lepiej ważę, bo całe osiemdziesiąt kilogramów, jak kura z opalonym mięsem. Nie lubią takich jak ja, śmierdzących wódką, z zakazaną mordą i rosyjskim zaciągiem. Dostałem już dużo mandatów, mam to gdzieś. Samo znamię egzorcysty jest trudne do znalezienia, nawet gdy powinno się gdzieś pojawić, gdyż znajduje się na podeszwie lewej stopy, więc siłą rzeczy, jest skutecznie zakryte w prawie każdej sytuacji.
Czy to wszystko ma jakiś sens? Koniec końców i tak wszyscy jesteśmy przypadkowym efektem wielkiego wybuchu, a każda cząstka mnie była kiedyś ciałem niebieskim.

Charakter: Miałem w zwyczaju modlić się, jakby Bóg słuchał. W chwili strachu, gdy coś zatrzeszczało na piętrze, a ja wierzyłem, że to potwory. Rutyna i marazm, powtarzalność życia zabiła chęci do osiągnięcia czegoś więcej i wiarę, że moja praca cokolwiek zmieni. Kiedyś myślałem, że będę bohaterem, poświęcę się dla sprawy i umrę heroicznie, odejdę w chwale egzorcysty. Z czasem zrozumiałem, że nie ma czegoś takiego, a egzorcyści wykonują syzyfową pracę. Koniec końców, demony zwyciężą i nasz wymiar będzie kolejnym miejscem do skoków dalej. Kolejnym lustrem o wykrzywionym złem obliczem.
Nigdy nie negowałem istnienia Boga, znając moc demonów, uważałem, że we Wszechświecie musi istnieć równowaga pomiędzy złem i dobrem. Część egzorcystów uważa, że to oni są siłą, oni przeciwwagą, tym dobrem, ale śmiem w to wątpić. Jesteśmy tylko katalizatorem, łatwy do zniszczenia, do skorumpowania. Jesteśmy tylko ludźmi, co najwyżej narzędziami w rękach światła. Uznawanie, że to egzorcyści są potęgą przeciw demonom jest zwyczajnie zadzieraniem nosa. Też kiedyś taki byłem, ale mi przeszło. Całe szczęście.
Rodzisz się, krzyczysz z bólu i umierasz, tak można prosto podsumować nasze życia. Sam również nie spodziewam się już niczego innego, między przerwami znudzenia i nicnierobienia, gdy następuje cisza pomiędzy misjami, przeplata się z wonią prochu na dłoniach, posmakiem krwi w ustach i zastanawianiu się nad śmiercią zbyt krótko. Negowałem, ale nigdy specjalnie nie dziwiłem się tym, którzy łamali rozkazy i kodeks, przechodząc na stronę demonów. Po pierwsze, potwierdzało to moją tezę, a po drugie, ludzie są słabi. Ja jestem  słaby.
Kiedyś temu zaprzeczałem, wierząc w wyższość odwagi, ale teraz? Co powstrzymuje mnie przed wpakowaniem kulki w głowę to strach, że jednak nikogo nie ma po drugiej strony lub liczba zabitych z winy mojego błędu przekracza tych uratowanych. Jestem tchórzem, ale wolę umrzeć podczas misji, nie przygotowując się na to, z szokiem na twarzy, gdy będą mijały ostatnie sekundy mojego życia.
Bóg do nas mówi, słyszycie? Mówi, że nas nie słucha.

Historia: Kiedy spoglądam w gwiazdy, nie zawsze, ale czasami, zastanawiam się czy one, ciemne niebo i księżyc na nim, nie są przerażeni tym, co widzą na Ziemi. Z dzieciństwa nie pamiętam zbyt wiele, bo chociaż zdarzyło mi się nawet pracować w Kazaniu, po rozpoczęciu nauki nigdy nie odwiedziłem rodziny, a wspomnienia sześcioletniego Dimki już dawno wyblakły. Pamiętam, że matka miała ciemne oczy i włosy; tatarskie korzenie i talent do jazdy konno, jakże stereotypowo. Chciałbym powiedzieć, że była piękna, ale myślę, że dla każdego kochanego dziecka jego rodzicielka jest urodziwa i nie ma to nic wspólnego z jej urodą. Siostra była podobna do mnie, mieszanka stereotypowych Słowian i ludzi Chanatu Kazańskiego, żywa pięciolatka obcięta od garnka, śpiewająca dziecięce piosenki, grając z koleżankami w klasy. Ojca pamiętam najgorzej, był jakimś dość wysoko postawionym urzędnikiem i działaczem partyjnym, mało go było w domu, a jeśli był, sprawdzał zeszyty, lał paskiem lub przynosił cukierki. Nie pamiętam za dobrze jak to się stało, że mnie zabrali. Ktoś przyszedł, w mojej sprawie, ojciec zamknął drzwi ze szklaną szubą pod moim nosem, a później spakowali mi ubrania i kazali pożegnać. Myślałem, że idę do więzienia, bo mnie Iwanek postraszył milicją, gdy wrzuciłem mu pająka za koszulkę. To śmieszne, że pamiętam to, a nie twarze mojej rodziny.
Pamięć jest jednak wybiórcza i po rodzinnym kraju pozostał mi język, wychowanie i tradycje. Refleksy wspomnień, które żyły gdzieś w podświadomości, ale nie były dostatecznie pielęgnowane. We Florencji nikogo nie obchodził sentyment do swoich korzeni, byli tutaj by zbawiać świat, nie samych siebie. Być twardym, nie dać się złamać, stawiać innych ponad siebie... egzorcyści nie musieli się tutaj wysilać, Mateczka Rosja też tak chowała swoje dzieci. Taki się urodziłem, takie były moje korzenie, głęboko w glebie komunizmu i dobra ogółu, bez znaczenia dla jednostki. Już na początku edukacji widać było, że wyrwać z gleby przyzwyczajeń i kształtów wyniesionych ze swych domów. Jedni łatwo dostosowywali się do nowych reguł, inni zgrywali wybrańców losu, a jeszcze inni nie chcieli się pogodzić ze swoim losem i mieli zadatki na zdrajców i mięso armatnie. Najbardziej nie lubiłem dzieciaków z bogatych rodzin egzorcystów, które od pierwszych dni życia trenowały Kung-Fu i robiły sobie smoothie z krwi swoich wrogów.
Patrząc na swoje życie, stwierdzam, że byłem naiwnym dzieckiem, które wierzyło w sprawiedliwość, brak faworyzowania i swoją moc, możliwości. Wprawdzie uczenie się teorii szło mi bardzo po grudzie (to nie tak, że nie lubiłem się uczyć, lubiłem się uczyć tego, co chciałem, a nie czego ode mnie wymagano), a na zajęciach fizycznych powinienem trafiać do wagi lekko śmiesznej, ale podobno bardzo dobrze się zapowiadałem przez mój niezachwiany kompas moralny, który wskazywał niezmiennie poświęcenie dla ludzkości i wytrzebienie demonów z tego świata. Gdy pierwszy raz pokazano nam zaklęcia, czułem się jak bóg. Albo jak X-Man, bardziej chyba to drugie, superbohaterowie przemawiali do mnie znacznie bardziej niż brodaty, niewidzialny koleś, który mnie podgląda.
Wchodząc w magiczny okres zwany buntem nastolatka, goliłem głowę na łyso, popalałem i przekuwałem swoją frustrację w pytanie ludzi czy mają problem. Włoscy lalusiowie z opalenizną, włosami na żel i złotymi łańcuszkami byli przyczyną moich problemów, bo stawałem się zły. Gniew, nienawiść. To wszystko nie wróżyło mi dobrze, chociaż z magią nie miałem problemów nawet na testach, w końcu urosłem i nabrałem mięśnia. To ostatnio zwłaszcza przysparzało mi kłopotów, zwłaszcza, gdy odkryło się sklepik, gdzie nie patrzą ile masz lat i sprzedają wódkę. Wszystko dlatego, że uświadomiłem sobie, że tak na prawdę nie mam w tym życiu niczego.
Tu powinna być historia mojego pseudonimu, ale tak na prawdę po prostu nie miałem na niego pomysłu, a zawsze bawiły mnie urocze nazwy w połączeniu z zakazanymi mordami, jak moja. Poza tym, byłem dzieciakiem, myślałem, że to będzie cool. Prawda jest taka, że albo były to pretensjonalne wymysły jak Mściciele czy inni dziwacy, albo głupoty, jak mój. Cóż, kogo to właściwie obchodzi? Po zdaniu testu i zostaniu pełnoprawnym egzorcystą w dresie z trzema paskami (możesz wyjść z Rosji, ale Rosja nigdy nie wyjdzie z ciebie), dalej uczyłem się we Florencji, bo nie miałem na siebie pomysłu. Po roku praktykowania, skupiłem się na sztukach walki, bo magii... magii nigdy nie ufałem i nadal nie ufam, zbyt łatwo pochłania i pożera duszę. Ćwiczyłem przed trzy lata, do dwudziestki, właściwie tylko na tym się skupiając, rozpracowując każdą broń palną, ćwicząc szybkość wymiany magazynków, rozkładania, składania, strzału z różnych pozycji. Wtedy chodziłem na misje tylko okazjonalnie, szukając swojego kierunku.
Tak na prawdę z magicznych zaklęć, dobrze szła mi magia modlitw i błogosławieństw. Tej nie unikałem, w tej czułem to coś... gdy uczyłem się z babuszką modlić na czotkach, to samo bezpieczeństwo, specyficzny zapach cerkwi zmieszany z wezwaniem Muezzina z pobliskiego meczetu, ikony oświetlone ruchliwym ogniem świec i bezkres Tatarstanu. W tym, oprócz namacalnej opatrzności w postaci kul w magazynku, czułem opiekę mocy światła i swoje prawdziwe możliwości, pewność w powodzenie misji. Powoli dojrzewałem, zmieniałem się, ucząc się i nie podejmując arogancji i ucząc innych. Mentor przed trzydziestką to dzieciak, nie mentor.
Po kolejnych trzech latach we Florencji, aktywniejszym braniu udziału w misjach i akcjach egzorcystów, poczułem, że potrzebuję przestrzeni, więc przeniosłem się do Pretorii. Co śmieszne, to stamtąd wytropiłem pierwszego demona, który doprowadził mnie do Kazania. Nie siedziałem w RPA długo, wynająłem mieszkanie w Moskwie i stamtąd przyjmowałem zlecenia, skupiające się na krajach byłego ZSRR. Do mojego marazmu i znudzenia swoim życiem nie doprowadziła żadna tragedia, ani alkoholizm, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Po prostu im dalej pracowałem, tym mniej widziałem w tym sensu. Nie pokonamy demonów, możemy tylko opóźniać ich nadejście.
Ostatnio znów uznałem, że przyda mi się zmiana, więc postanowiłem się wyprowadzić do Tokio, ale jakoś tak wyszło, że właśnie wysiadam z samolotu do Nowego Jorku.
Czasami zastanawiam się jaką zimną, martwą gwiazdą uczynią mnie bogowie po śmierci.

Koniec.

Ciekawostki:

  • Mówi po rosyjsku (język rodzimy), włosku, angielsku (w stopniu komunikatywnym w mowie i w piśmie) i tatarsku (słabo, kali jeść, kali pić, nie umie czytać).
  • Jest często wsparciem z nieba. Jako snajper na dachu.
  • Ma uczulenie na rumianek (objawia się uciążliwą wysypką w zgięciach i pachwinach).
  • Lubi czasem posłuchać Seleny Gomez i Sii, a jeśli ktoś go pod tym względem krytykuje, uważając za niemęskie, jest uświadamiany, że to nie Dimka ma problem ze swoją seksualnością.
  • W stresujących sytuacjach, jeśli może, to śpiewa rosyjskie pieśni patriotyczne (a jeśli nie może, robi to w myślach).
  • Śpi zawsze plecami przy ścianie, najlepiej w najlepszym punkcie do obrony.
  • Lubi sorbety malinowe. Maniakalnie.
  • Ma zawsze przy sobie chociaż małą paczuszkę ciasteczek.
  • Inkantacja Dimki to rosyjskie przysłowie, które można tłumaczyć na zasadzie: Niczego nie wie się na 100%.



Ostatnio zmieniony przez Dimitrij Wiktorowicz dnia Wto Kwi 24, 2018 10:39 am, w całości zmieniany 3 razy

Re: Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

on Pon Kwi 23, 2018 4:26 pm
Koniec, można sprawdzić.

Re: Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

on Pon Kwi 23, 2018 10:38 pm
Szybkie rzeczy do poprawy:

1. Brak wagi w opisie.
2. Brak opisanego umiejscowienia znaku egzorcysty
3. Nie ma możliwości zrobienia bazy wypadowej w Moskwie- Musisz przynależeć i mieszkać w jednej z 5 lokacji egzorcystów.

Poprawiaj szybciutko ;)

Re: Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

on Wto Kwi 24, 2018 7:14 am
1. Dodane.
2. Jak nie ma, jak jest? Opisane, że jest pod stopą. Tak niewidoczne, że aż dla MG. lol!
3. Zmienione na "Nie siedziałem w RPA długo, wynająłem mieszkanie w Moskwie i stamtąd przyjmowałem zlecenia, skupiające się na krajach byłego ZSRR". Miało to taki sens od początku, chyba tylko dla mnie :D

Re: Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

on Wto Kwi 24, 2018 7:36 pm
2. Mój błąd- wybacz. (dałbym sobie rękę uciąć Grucha, że go tam nie było xD)
3. No i git- jednak dobrze, że nie odpisywałem rano, gdyż zaoszczędziło nam to trochę czasu:P

AKCEPT!

Przydzielam Ci 170 punktów do rozdania.


Pamiętaj jednak, że punkty też musisz wydać na znajomości językowe, a więc nie koniecznie będą one miały przełożenie co do Twoich ciekawostek. Nie każę tego zmienić gdyż traktuje to trochę jak dziecko z downem- tak jak Ty myślisz, że umiesz coś dobrze to ono też myśli, że jest normalne.

Baw się dobrze! ;*
Sponsored content

Re: Dimitrij Wiktorowicz Gaczew

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach